Ciągle mam inaczej.
Wiem ze mnie nie kochał
nie kocha i nie pokocha ale ja wciąż się łudzę.
Wciąż mam te beznadziejna nadzieje.
Z moich oczu
płynie ciągle ta sama łza.
Ból.
Tak. Odczuwam
go.
Szczególnie nocami kiedy dopadają mnie wspomnienia.
W kościele kiedy muszę do niego podejść.
Amen.
Już się przyzwyczaiłam do tej pustki w sercu.
Na pewno? Sądzę ze tak.
Ciągle jednak
mylę się na nowo.
Jak to robie? Nie wiem...
Jego widok... Tego się nie da opisać.
Stokroć piękniejszy niż najlepszy diament.
Tak ckliwa rzucam sobie wyzwanie by nie płakać.
Nie w szkole.
Nie w domu.
Nie z przyjaciółką.
Nie z rodziną.
To wieczorami
pękam.
Jak wodospad
oblewam łoże cierpienia.
Ubolewam nad sobą.
Życie cieknie mi przez palce.
Ciągle krążę po tej samej orbicie.
Ciągle obok tej samej gwiazdy.
Zawszę wracam.
Nigdy nie zostawiam go samego.
Boję się strasznie ze znajdzie inną.
Ładniejsza.
Inteligentniejszą.
Ale mam nadzieje.
Ta nadzieja mnie zgubi.
Widzę to...
Na pewno kiedyś się poddam.
Przez ten czas
jednak pocierpię.
Wyjdzie mi to na dobre.
Przyjdzie piękniejszy.
I znów zatoczę
to samo bzdurne koło.
Taka już jestem.
Tak już mam.
Ciągle wracam jak jakiś zaprogramowany robot.
Tryb płaczu czas zacząć
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz